Blog poświęcony nieszczęściom i szkodom związanym z działalnością Kościoła katolickiego
RSS
sobota, 28 listopada 2015

Kościół nigdy nie ukarał księdza pedofila Stanisława Ch., przeciwnie, troszczył się o niego, zapewnił mu wygodną emeryturę, a później pogrzeb z honorami. Nie zatroszczył się natomiast o jego ofiary. Jedna z nich postanowiła podjąć walkę o odszkodowanie.

Kościół w Otorowie
Proboszcz kościoła w Otorowie Stanisław Ch. molestował co najmniej kilkanaścioro dzieci. Jedno z nich w zakrystii kościoła.

Ksiądz Stanisław Ch., proboszcz z Otorowa w Wielkopolsce skazany w latach 90. za przestępstwa pedofilskie, zmarł w 2012 roku. Kościół pożegnał pedofila z honorami: uroczystości pogrzebowe trwały dwa dni, trumnę najpierw wystawiano w kościele farnym, a następnego dnia nabożeństwo żałobne odprawił biskup Zdzisław Fortuniak.

Władze Kościoła nigdy nie nałożyły żadnych kar na księdza Stanisława Ch. za to, że seksualnie wykorzystywał dzieci. Gdy jego przestępstwa wyszły na jaw, nie został wykluczony ze stanu duchownego, lecz przeszedł na emeryturę. Kościelni przełożeni nie skierowali go jednak do żadnego z ośrodków, gdzie księża spędzają jesień życia, lecz zapewnili mu byt wygodniejszy i bardziej dostatni - ostatnie 17 lat przeżył mając do swojej wyłącznej dyspozycji dom z ogrodem na terenie jednej z wielkopolskich parafii.

Czy tak właśnie Kościół katolicki „walczy” z pedofilią w swoich szeregach?

Ofiara księdza będzie walczyć o odszkodowanie

Pani Krystyna (imię zostało zmienione) była jednym z dwanaściorga dzieci, za których molestowanie skazano w 1993 roku księdza Stanisława Ch. Sąd łagodnie potraktował pedofila w sutannie, nie posłał go do więzienia, lecz wymierzył mu karę dwóch lat w zawieszeniu i grzywnę.

Krystyna przez ponad 20 lat ukrywała to, co spotkało ją ze strony księdza. Zdecydowała się przerwać milczenie dopiero latem tego roku, gdy dowiedziała się, że zarzuty molestowania postawiono innemu księdzu z Otorowa. Zwróciła się do sądu w Szamotułach o udostępnienie dokumentów sprzed lat, ale otrzymała odpowiedź, że akta sprawy „przekazane zostały na makulaturę”. Mimo to skierowała do arcybiskupa Stanisława Gądeckiego  propozycję zawarcia ugody.

Kuria odpisała, że arcybiskup będzie mógł zająć stanowisko w sprawie odszkodowania wtedy, gdy kobieta przedstawi dokumenty potwierdzające, że jest pokrzywdzoną. Te, które według sądu oddano na makulaturę. Ale kiedy dziennikarze „Głosu Wielkopolskiego” zapytali sąd o powody likwidacji dokumentów, okazało się, że akta wcale nie zostały zniszczone.

Mam nadzieję, że teraz otrzymam dostęp do tych akt, i że będę mogła spełnić warunek, który postawiła kuria, powiedziała pani Krystyna. Przyznała jednak, że boi się powrotu bolesnych wspomnień i dlatego z obawą myśli o czytaniu sądowych dokumentów. Ich treść jest wstrząsająca.

Molestowanie na lekcjach religii 

Jak wykazało śledztwo, proboszcz z Otorowa w latach 1990-1991 molestował dzieci na lekcjach religii. Wykorzystywał większość swoich uczniów, głównie chłopców, ale nie gardził też dziewczynkami. Niektóre dzieci miały z tego powodu obrażenia narządów płciowych. Ksiądz zastraszał swoje ofiary. Groził, że jeśli komuś powiedzą, to będą miały grzech. Szantażował, że nie pozwoli im przystąpić do pierwszej komunii. Podczas molestowania niekiedy pokazywał swoje zdjęcia z papieżem.

Biegła psycholog potwierdziła, że zeznania ofiar są wiarygodne. W swojej opinii napisała, że przeżycia „wpłynęły bardzo traumatyzująco na rozwój psychospołeczny dzieci”, które doświadczały stanów lękowych i poczucia winy. Podczas procesu ksiądz Stanisław Ch. wszystkiemu zaprzeczał. Nie złożył apelacji, ale wyrok w zawieszeniu był dla niego praktycznie nieodczuwalny. Sąd wysłał odpis wyroku do kurii, która jednak nie znalazła żadnych powodów, aby ukarać księdza pedofila. Dzieciom nie zasądzono żadnych odszkodowań.

Diabeł w sutannie

Z akt wynika też, że ofiar było więcej, na przykład sześciolatek, którego w 1984 roku proboszcz molestował w zakrystii kościoła. Chłopiec od tamtego przeżywał stany lękowe, bał się mężczyzn. Przestępstwo zgłosiła matka chłopca, fakt molestowania potwierdził jej syn i inne osoby. Prokuratura jednak umorzyła ten wątek. Uznała wprawdzie, że wina księdza nie budzi wątpliwości, ale stwierdziła, że karę i tak by mu darowano na podstawie ustawy abolicyjnej z 1986 roku.

Dziennikarze dotarli też do innej ofiary księdza. Mężczyzna początkowo nie chciał rozmawiać z prasą, ale później zmienił zdanie i sam się odezwał. Zdecydował się mówić po tym, gdy przeczytał w internecie, że jego dawny prześladowca miał uroczysty pogrzeb prowadzony przez biskupa.

To, co wtedy mówiłem rodzicom i zeznałem to nie było wszystko. Inni też nie mówili całej prawdy. Wstydziliśmy się i baliśmy, opowiadał. W szkole to ten zboczeniec jeszcze jakoś się hamował. Najgorsze było, gdy zostawało się z nim sam na sam. On takich okazji szukał. To nie był żaden ksiądz. To był diabeł w sutannie...

Źródła: www.gloswielkopolski.pl, www.gloswielkopolski.pl

piątek, 27 listopada 2015

Ksiądz katolicki był szefem gangu włamywaczy. Policja w Łodzi zatrzymała czterech mężczyzn - w tym księdza - podejrzanych o włamania na plebanie i kradzieże w całym kraju.  Gangster w sutannie planował włamania, bo wiedział, ilu księży mieszka na plebanii.

Ksiądz włamywacz


Bandyci wpadli w Głuchowie w woj. łódzkim. Najpierw włamali się na plebanię w Pszczonowie. Wyważyli drzwi wejściowe, potem weszli do garażu, ale nie znaleźli nic wartościowego.  Uciekli, bo ktoś ich spłoszył.  Pojechali do kolejnej, oddalonej o kilkanaście kilometrów plebanii w Głuchowie. Tu do środka dostali się po wybiciu szyby, powiedział rzecznik łódzkiej prokuratury Krzysztof Kopania.

Na plebanii w Głuchowie ukradli pieniądze i zewnętrzny dysk komputerowy. Wartość strat oszacowano na trzy tysiące złotych.

Ksiądz wyznaczał cele kolejnych włamań

Włamywacze działali co najmniej od lutego na terenie całego kraju. Okradali plebanie i kościoły między innymi w okolicach Szczecina, Gorzowa Wielkopolskiego, Warszawy, Radomska i Opoczna. Przewodził im 41-letni ksiądz Maciej Ż., który wyznaczał cele kolejnych włamań. Według policji, duchowny dobrze orientował się, ilu księży mieszka na plebaniach i jakie są tam zabezpieczenia. Miał także zdjęcia wnętrz tych obiektów. Środkiem transportu włamywaczy był najczęściej samochód księdza.

Jeden z włamywaczy jeszcze kilka miesięcy temu siedział w więzieniu za inne przestępstwo, ale opuścił więzienne mury przed zakończeniem kary, bo poręczył za niego ksiądz Maciej Ż.

„Express Bydgoski” ustalił, że duchowny włamywacz pochodzi z Bydgoszczy. Święcenia kapłańskie otrzymał w czeskim Pilznie. Gazeta pisze, że w Czechach nie mógł znaleźć pracy jako ksiądz, a więc wrócił do Bydgoszczy, gdzie jednak również nie znalazł zatrudnienia w żadnej parafii.

Na wniosek prokuratury wszyscy włamywacze zostali aresztowani na trzy miesiące. Prawdopodobnie zostaną połączone postępowania, jakie toczą się w innych częściach Polski w sprawach dokonanych przez nich włamań, co oznacza znaczne poszerzenie zarzutów. Prokuratura nie wyklucza, że przestępcy działali też poza granicami kraju. Księdzu i członkom jego szajki grożą kary do 10 lat więzienia.

Źródła: express.bydgoski.pl, www.dzienniklodzki.pl

23:09, free.mind
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 listopada 2015

Mieszkańcy wrocławskiego osiedla Partynice nie wierzą własnym oczom. Choć do Bożego Narodzenia został miesiąc, tamtejszy proboszcz już składa parafianom wizytę duszpasterską, zwaną w Polsce kolędą.

Ksiądz po kolędzie
Polski obyczaj nakazuje, by księdzu chodzącemu po kolędzie wręczyć kopertę. Nie pustą. Parafianie z wrocławskich Partynic mogą to zrobić już w listopadzie

Kolęda to jest tylko nazwa zwyczajowa. Tak naprawdę powinniśmy używać określenia wizyta duszpasterska, tłumaczy rzecznik archidiecezji wrocławskiej, ksiądz Rafał Kowalski. U nas się przyjęło, że ta wizyta odbywa się przy okazji kolędy, natomiast nie musi tak być.

Przyjęło się również coś jeszcze, o czym ksiądz rzecznik nie wspomina: wręczanie kolędującemu księdzu koperty z pieniędzmi. I być może właśnie ten obyczaj stanowi wyjaśnienie, dlaczego nowy proboszcz wrocławskiej parafii św. Ojca Pio odwiedza wiernych już teraz - otóż ksiądz Piotr Janusz przy okazji swoich wizyt zbiera pieniądze na kupno drzwi do budowanego kościoła. Nowe drzwi mają kosztować około 100 tys. złotych. Nie jest to mała kwota, a nawet zaskakująco duża jak na drzwi, ale najwyraźniej Kościół uważa że lepiej ją wydać właśnie na taki cel niż np. na pomoc ubogim.

Ksiądz chce poznać wszystkich

Ale proboszcz lojalnie uprzedzał parafian, że będzie ich odwiedzał w nietypowym czasie. Już parę miesięcy temu tłumaczył im, że nowa parafia jest liczna, ma 6 tysięcy mieszkańców, a on chciałby poznać wszystkich, którzy zechcą go przyjąć. Potrzeba na to dużo czasu, bo ksiądz nie chce wpadać jak po ogień, lecz spokojnie porozmawiać.  Dlatego „kolęda” na Partynicach ma potrwać od połowy listopada  do połowy marca. Dzisiaj okazuje się, że podczas tych wizyt chodzi nie tylko o rozmowę, ale w wyjaśnieniach proboszcza sprzed kilku miesięcy, opisanych w „Gazecie Wrocławskiej”, nie ma mowy o pieniądzach.

Chcę zbudować nie tylko kościół materialny, ale przede wszystkim duchowy, mówi ksiądz Piotr Janusz. Tak więc od kilku dni proboszcz codziennie po południu zabiera ze sobą relikwie Ojca Pio i idzie „poznawać” nowych parafian.

Nie wszyscy chcą poznać księdza

Okazuje się jednak, że nie jest to łatwe. Ksiądz mówi, że przyjęcia odmawia mu wielu mieszkańców. Zdarzają się bloki, gdzie otwierają się przed nim drzwi zaledwie dwóch lub trzech mieszkań. Skąd ta niechęć do „rozmowy” z proboszczem? Ksiądz tłumaczy, że na nowym osiedlu wielu ludzi wynajmuje mieszkania, czasem przez krótki czas. Niekiedy też trudno się dostać do ogrodzonych i pozamykanych bloków. Jednak ksiądz próbuje sobie z tym radzić i podczas ogłoszeń parafialnych prosi tych, którzy na niego czekają, żeby od czasu do czasu zerknęli przez okno.

Trzeba więc przyznać, że proboszcz z Partynic wykazuje się wytrwałością, uporem i  determinacją. I to tylko po to, żeby z kimś porozmawiać.

Źródło: www.gazetawroclawska.pl

środa, 25 listopada 2015

Pijani księża za kierownicą stają się normalnym zjawiskiem na polskich drogach. Media informują o kolejnych przypadkach. Tym razem sprawcą był 35-letni wikary z Ustki.

Pijany ksiądz

Na jednym ze skrzyżowań w Ustce doszło do kolizji dwóch samochodów. Była to typowa stłuczka, toyota najechała na tył mercedesa. Kobieta prowadząca uderzone auto zadzwoniła po męża, który szybko przybył na miejsce.

Okazało się, że sprawcą jest 35-letni wikariusz z lokalnej parafii. Czuć było od niego alkohol. Mąż poszkodowanej zadzwonił po policję, ale ksiądz nie czekał, wsiadł do swojej rozbitej toyoty i uciekł. Mężczyzna ruszył za nim w pościg i w ten sposób dotarł na plebanię. Ponownie zawiadomił policję.

Kiedy przyjechali policjanci, znaleźli księżowską toyotę. Spisali jej numery rejestracyjne i ustalili właściciela. Zadzwonili  do drzwi plebanii, ale osoba, która im otworzyła poinformowała, że wikarego nie ma. Drzwi od jego pokoju były zamknięte. W takiej sytuacji dajemy wiarę rozmówcy. Do mieszkania moglibyśmy wejść np. w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia bądź zdrowia. W tym przypadku takie okoliczności nie zaszły, wyjaśnił komisarz Robert Czerwiński ze słupskiej policji.

Ksiądz na drugi dzień miał jeszcze promil alkoholu w organizmie

Policjanci pojawili się ponownie nazajutrz rano, po wcześniejszej rozmowie z proboszczem. Tym razem wikary otworzył im drzwi. Przebadano go alkomatem i okazało się, że ma w organizmie blisko promil alkoholu. Wówczas policjanci zabrali księdza do lekarza, gdzie pobrano mu krew do dalszych badań.

Minęło sporo czasu od kolizji, tłumaczył dziennikarzom komisarz Czerwiński. My musimy wiedzieć, jaka dokładnie była zawartość alkoholu w jego organizmie w chwili zdarzenia. Dlatego pobrano krew. Konieczne będzie badanie retrospektywne, które pozwali nam ustalić tę wartość.

Komisarz powiedział, że zostanie skierowany wniosek do sądu o ukaranie księdza za spowodowanie kolizji. Natomiast śledztwo w sprawie ewentualnej jazdy pod wpływem alkoholu będzie odrębne.  Czekamy na wyniki badań, jednak duże znaczenie będą miały również zeznania świadków, wyjaśnił kom. Czerwiński.

Jest przyzwolenie na łamanie prawa przez ludzi Kościoła

Kilka dni temu w tym samym regionie zatrzymano innego księdza, który prowadził samochód pod wpływem alkoholu. Media w całym kraju, zwłaszcza lokalne, informują o podobnych przypadkach. Pijani księża za kierownicą stają się normalnym zjawiskiem na polskich drogach. 

Wynika to po części z tego, że księża zwykle są łagodnie traktowani przez polski wymiar sprawiedliwości, a po części z tego, że wielu wiernym Kościoła katolickiego nie przeszkadzają wykroczenia i przestępstwa ich pasterzy. Kiedy np. ksiądz zostaje zatrzymany za przestępstwo pedofilskie, regułą jest to, że broni go lokalna społeczność. A prowadzenie auta przez pijanego duchownego zwykle kwitowane jest wzruszeniem ramion i krótkim komentarzem: ksiądz też człowiek.

Źródła: trojmiasto.wyborcza.pl, www.tvn24.pl

wtorek, 24 listopada 2015

Stanisław Piotrowicz z PiS, który niedawno został wybrany na przewodniczącego sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, przed laty przekonywał o niewinności proboszcza z Tylawy, skazanego później za przestępstwa pedofilskie.

Gdy kilka dni temu sejmowa Komisja Sprawiedliwości i Praw Człowieka wybrała Stanisława Piotrowicza z PiS na swego przewodniczącego, media przypomniały, że w 2001 roku Prokuratura Rejonowa w Krośnie, którą kierował Piotrowicz, umorzyła śledztwo w głośnej sprawie księdza pedofila Michała M. z Tylawy. Później śledztwo zostało wznowione przez inną prokuraturę i ksiądz został skazany.

Stanisław Piotrowicz
Prokuratura, którą kierował Stanisław Piotrowicz z PiS, w 2001 roku umorzyła sprawę księdza oskarżonego o molestowanie dzieci

W reakcji na te informacje poseł Piotrowicz wydał oświadczenie, w którym napisał m.in. że jako prokurator nie prowadził postępowania przygotowawczego w sprawie księdza, nie wykonywał żadnych czynności procesowych i nie wydał postanowienia o umorzeniu postępowania. Przypisywane mi w tym kontekście wypowiedzi są również nieprawdziwe, a dobór rzekomo wypowiadanych słów i ich kompilacja ma na celu ośmieszenie i zdyskredytowanie, pisze poseł Piotrowicz, a  swoje oświadczenie kończy groźbą: Autorów szkalujących mnie tekstów i tych, którzy je rozpowszechniają wzywam do ich usunięcia z przestrzeni publicznej. W przeciwnym wypadku podejmę zdecydowane kroki zmierzające do wyciągnięcia odpowiednich konsekwencji prawnych.

Poseł Piotrowicz próbuje nas zdezorientować

Według Artura Sporniaka z „Tygodnika Powszechnego”, oświadczenie posła Prawa i Sprawiedliwości ma na celu zdezorientowanie opinii publicznej. Dziennikarz przypomina, że choć Stanisław Piotrowicz osobiście nie prowadził postępowania wstępnego w sprawie księdza Michała M., to jako szef Prokuratury Rejonowej w Krośnie służbowo je nadzorował.

Nawet jeśli szef rejonowej prokuratury nie musi aprobować każdego orzeczenia wydawanego przez swych podwładnych, pisze Artur Sporniak, to na podstawie przepisów ustrojowych obowiązujących w prokuraturze zawsze i tak odpowiada za zgodność z prawem i merytoryczny poziom wszystkich decyzji zapadających w podległej mu placówce.

Co więcej, to właśnie prokurator rejonowy Stanisław Piotrowicz po umorzeniu śledztwa przez podległego mu prokuratora Sławomira Merkwę wystąpił na konferencji prasowej i usprawiedliwiał decyzję o umorzeniu. Posługiwał się przy tym uzasadnieniami autorstwa prokuratora Merkwy.

Ksiądz dotyka i całuje dziecko? To nikogo nie raziło

Prokurator rejonowy przekonywał, że czyny proboszcza z Tylawy nie miały podtekstu seksualnego. A zeznania o dotykaniu intymnych miejsc tłumaczył tym, że... ksiądz ma zdolności bioenergoterapeutyczne, pisała „Gazeta Wyborcza” 8 listopada 2001 roku, relacjonując konferencję Stanisława Piotrowicza. Prokurator przytaczał zeznania, według których jeśli dziecko bolał brzuszek, to po dotknięciu przez księdza ból znikał

Piotrowicz powoływał się na obyczaje panujące w parafii: mówił, że większość świadków uważała za naturalne, iż ksiądz bierze dzieci na kolana, dotyka je, przytula i całuje. Nikogo to w tym środowisku nie raziło, mówił prokurator rejonowy.

Ksiądz przyznał się w śledztwie, że zapraszał dzieci na plebanię na noc i kąpał je. Prokurator Piotrowicz tak tłumaczył postępowanie proboszcza: Dla dzieci nocowanie w obcym domu jest atrakcją. Kąpiel wynikała zaś z tego, że dzieci były brudne. Całowanie w usta według niego było na zasadzie „daj ciumka” czy „gilgotania brodą”.

Troskliwy opiekun czy bezwzględny pedofil?

Z wyjaśnień Stanisława Piotrowicza wyłania się idylliczny obraz dobrotliwego i opiekuńczego proboszcza, który po prostu bardzo lubi dzieci, zajmuje się nimi i o nie dba. Krośnieńska prokuratura zadbała więc, by księdzu włos nie spadł z głowy. 

Ale śledztwo wznowiono, po interwencji Ministerstwa Sprawiedliwości. W czerwcu 2003 roku ksiądz Michał M. został skazany za seksualne wykorzystanie sześciu dziewczynek, choć wyrok był łagodny, jak to często bywa w przypadku księży: dwa lata pozbawienia wolności w zawieszeniu na pięć lat.

W uzasadnieniu wyroku czytamy m.in., że duchowny brał dziewczynki na kolana, wkładał ręce pod bluzkę, dotykał piersi, wkładał rękę do majtek i dotykał krocza, całował w usta z penetracją językiem jamy ustnej, wkładał palec do pochwy, dotykał nóg powyżej kolan

To zupełnie inny obraz niż ten przedstawiony przez Stanisława Piotrowicza. Zniknął gdzieś troskliwy opiekun, pojawił się bezwzględny pedofil.

Piotrowicz: To nie są moje słowa

Jak dzisiaj tłumaczy się poseł Prawa i Sprawiedliwości? Ciekawie. To nie są moje słowa, mówi w rozmowie z portalem Niezalezna.pl, nawiązując do swoich wyjaśnień z 2001 na temat umorzenia śledztwa.  Prokurator, podejmując decyzję o umorzeniu, w uzasadnieniu opiera się na zeznaniach świadków, których ja nie przesłuchiwałem, tłumaczy Stanisław Piotrowicz. To nie są moje spostrzeżenia, to nie są moje określenia. Jeżeli nawet padały, były to cytowane fragmenty zeznań świadków. Te słowa wypływają z materiałów sprawy - nie są mojego autorstwa. Co najwyżej w rozmowie z mediami mogłem zacytować zeznania któregoś ze świadków.

Rzecz w tym, że dziennikarze, którzy przypominają wyjaśnienia Stanisława Piotrowicza na temat umorzenia śledztwa raczej nie starają się nikogo przekonać, że używał on własnych słów. Artur Sporniak zaznacza nawet, że były to uzasadnienia prokuratora, który podjął decyzję o umorzeniu. O co więc chodzi nowemu przewodniczącemu sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka? Może jest przekonany, że skoro cytował uzasadnienia podwładnego, to oddalił od siebie współodpowiedzialność za tę sprawę?

Być może, bo Stanisław Piotrowicz w ogóle nie zajmuje się kwestią swojej odpowiedzialności za wszystkie decyzje w podległej mu prokuraturze, a więc również za decyzję o umorzeniu śledztwa w sprawie księdza z Tylawy. A przecież była to decyzja błędna, uniewinniająca sprawcę przestępstw seksualnych na dzieciach. Prokuratura uznała, że legalne jest zaspokajanie seksualnych potrzeb przy pomocy dzieci: dotykanie, wkładanie im rąk do majtek, całowanie z języczkiem, mówiła „Gazecie Wyborczej” Lucyna Krawiecka, która wystąpiła w obronie dziewczynek molestowanych przez księdza.

W ostatnich wypowiedziach posła Piotrowicza nie ma śladu refleksji na ten temat, choć mogłoby się wydawać, że jako przewodniczący sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka powinien wykazać się pewną dozą wrażliwości w tej dziedzinie. Owszem, ma sporo wrażliwości, ale na punkcie własnej osoby - przedstawia się w roli ofiary medialnej nagonki.

Źródła: wiadomosci.gazeta.pl, www.tygodnikpowszechny.pl, wyborcza.pl, niezalezna.pl

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 55