Blog poświęcony nieszczęściom i szkodom związanym z działalnością Kościoła katolickiego
RSS
poniedziałek, 30 listopada 2015

Proboszcz parafii w Szadku w województwie łódzkim, ksiądz Maciej K., został skazany za kradzież aparatu fotograficznego. Oskarżony nie liczył się z nikim i z niczym, dokonując przestępstwa, powiedziała sędzia. Ale wyrok nie jest dotkliwy.

Ksiądz Maciej K. został skazany za kradzież sprzętu fotograficznego
Ksiądz Maciej K. został skazany za kradzież sprzętu fotograficznego

Ksiądz ukradł aparat w maju ubiegłego roku. Zaczęło się od tego, że pod zabytkowy kościół w Szadku przyjechali studenci łódzkiej szkoły filmowej, aby na zlecenie wytwórni SeMaFor sfotografować świątynię. Chodziło o projekt  finansowany przez łódzki urząd marszałkowski: z obrazów zarejestrowanych przez filmowców dzieci w bibliotekach województwa łódzkiego miały robić filmy animowane o swoich miejscowościach.

Ksiądz wziął sobie aparat

Po zakończeniu zdjęć jeden ze studentów postawił aparat na statywie i poszedł do kolegi, który jeszcze pracował. Wówczas z plebanii wyszedł ksiądz w sutannie, podszedł do aparatu i zabrał go ze sobą.

Pobiegłem za księdzem i spytałem, dlaczego zabiera mój aparat? Ale on zniknął na plebanii i zatrzasnął mi drzwi przed nosem, opowiada filmowiec. Dzwoniłem domofonem przez kilka minut, w końcu drzwi otworzył inny ksiądz. Pokazał pusty korytarz, ale do środka nie chciał wpuścić. Powiedział, że nic nie wie i spieszy się na obiad.

Filmowcy zawiadomili policję. Przyjechał radiowóz, ale policjanci nie zostali wpuszczeni na plebanię. Przez domofon usłyszeli od gosposi, że nikogo nie ma w domu, a jej nie wolno wpuszczać obcych.

Studenci pojechali więc na komisariat i złożyli zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. Właściciel skradzionego sprzętu wycenił stratę na 2,5 tys. złotych. Wyliczył, że stracił aparat Canon 550D, statyw, kartę pamięci ze zdjęciami i baterię.

Policja wszczęła śledztwo, przeszukała pomieszczenia plebanii i kościoła, ale nie odnalazła sprzętu fotograficznego. Proboszcz z Szadku został wezwany na przesłuchanie. Duchowny przyszedł z adwokatem i odmówił składania wyjaśnień.

Zachowanie o znacznej szkodliwości społecznej

Do sądu sprawa trafiła w grudniu ubiegłego roku. Podczas procesu ksiądz nie przyznawał się do winy. Za kradzież groziło mu do pięciu lat więzienia. Dzisiaj (30.11.2015) sąd ogłosił wyrok.

Oskarżony nie liczył się z nikim i z niczym, dokonując przestępstwa, uzasadniała sędzia Anna Wojciechowska-Chorobińska. Sposób działania oskarżonego to okoliczność obciążająca, przestępstwo zostało w sposób zuchwały popełnione na oczach dwóch osób. Możemy mówić o znacznej społecznej szkodliwości zachowania oskarżonego.

Takie uzasadnienie mogłoby sugerować surowy wyrok, jednak sąd niezbyt dotkliwie ukarał złodzieja. Ksiądz proboszcz Maciej K. ma zapłacić ponad 2 tys. złotych grzywny oraz około 1,6 tys. złotych odszkodowania za skradziony sprzęt fotograficzny. Poniesie też koszty sądowe.

Poszkodowani nie są w pełni zadowoleni z wyroku, bo ich zdaniem kwota odszkodowania jest zbyt niska. Dla mnie to za mała rekompensata. Cieszę się, że to się skończyło, jestem rozczarowany długością procesu, powiedział jeden z filmowców. 

Księżowskie kradzieże

Sprawa proboszcza z Szadku jest drugą w ciągu kilku dni informacją o kradzieży dokonanej przez katolickiego kapłana. Niedawno media informowały o tym, że policja zatrzymała szajkę włamywaczy, kierowaną przez księdza. 

Źródła: lodz.wyborcza.pl, www.radiolodz.pl

sobota, 28 listopada 2015

Kościół nigdy nie ukarał księdza pedofila Stanisława Ch., przeciwnie, troszczył się o niego, zapewnił mu wygodną emeryturę, a później pogrzeb z honorami. Nie zatroszczył się natomiast o jego ofiary. Jedna z nich postanowiła podjąć walkę o odszkodowanie.

Kościół w Otorowie
Proboszcz kościoła w Otorowie Stanisław Ch. molestował co najmniej kilkanaścioro dzieci. Jedno z nich w zakrystii kościoła.

Ksiądz Stanisław Ch., proboszcz z Otorowa w Wielkopolsce skazany w latach 90. za przestępstwa pedofilskie, zmarł w 2012 roku. Kościół pożegnał pedofila z honorami: uroczystości pogrzebowe trwały dwa dni, trumnę najpierw wystawiano w kościele farnym, a następnego dnia nabożeństwo żałobne odprawił biskup Zdzisław Fortuniak.

Władze Kościoła nigdy nie nałożyły żadnych kar na księdza Stanisława Ch. za to, że seksualnie wykorzystywał dzieci. Gdy jego przestępstwa wyszły na jaw, nie został wykluczony ze stanu duchownego, lecz przeszedł na emeryturę. Kościelni przełożeni nie skierowali go jednak do żadnego z ośrodków, gdzie księża spędzają jesień życia, lecz zapewnili mu byt wygodniejszy i bardziej dostatni - ostatnie 17 lat przeżył mając do swojej wyłącznej dyspozycji dom z ogrodem na terenie jednej z wielkopolskich parafii.

Czy tak właśnie Kościół katolicki „walczy” z pedofilią w swoich szeregach?

Ofiara księdza będzie walczyć o odszkodowanie

Pani Krystyna (imię zostało zmienione) była jednym z dwanaściorga dzieci, za których molestowanie skazano w 1993 roku księdza Stanisława Ch. Sąd łagodnie potraktował pedofila w sutannie, nie posłał go do więzienia, lecz wymierzył mu karę dwóch lat w zawieszeniu i grzywnę.

Krystyna przez ponad 20 lat ukrywała to, co spotkało ją ze strony księdza. Zdecydowała się przerwać milczenie dopiero latem tego roku, gdy dowiedziała się, że zarzuty molestowania postawiono innemu księdzu z Otorowa. Zwróciła się do sądu w Szamotułach o udostępnienie dokumentów sprzed lat, ale otrzymała odpowiedź, że akta sprawy „przekazane zostały na makulaturę”. Mimo to skierowała do arcybiskupa Stanisława Gądeckiego  propozycję zawarcia ugody.

Kuria odpisała, że arcybiskup będzie mógł zająć stanowisko w sprawie odszkodowania wtedy, gdy kobieta przedstawi dokumenty potwierdzające, że jest pokrzywdzoną. Te, które według sądu oddano na makulaturę. Ale kiedy dziennikarze „Głosu Wielkopolskiego” zapytali sąd o powody likwidacji dokumentów, okazało się, że akta wcale nie zostały zniszczone.

Mam nadzieję, że teraz otrzymam dostęp do tych akt, i że będę mogła spełnić warunek, który postawiła kuria, powiedziała pani Krystyna. Przyznała jednak, że boi się powrotu bolesnych wspomnień i dlatego z obawą myśli o czytaniu sądowych dokumentów. Ich treść jest wstrząsająca.

Molestowanie na lekcjach religii 

Jak wykazało śledztwo, proboszcz z Otorowa w latach 1990-1991 molestował dzieci na lekcjach religii. Wykorzystywał większość swoich uczniów, głównie chłopców, ale nie gardził też dziewczynkami. Niektóre dzieci miały z tego powodu obrażenia narządów płciowych. Ksiądz zastraszał swoje ofiary. Groził, że jeśli komuś powiedzą, to będą miały grzech. Szantażował, że nie pozwoli im przystąpić do pierwszej komunii. Podczas molestowania niekiedy pokazywał swoje zdjęcia z papieżem.

Biegła psycholog potwierdziła, że zeznania ofiar są wiarygodne. W swojej opinii napisała, że przeżycia „wpłynęły bardzo traumatyzująco na rozwój psychospołeczny dzieci”, które doświadczały stanów lękowych i poczucia winy. Podczas procesu ksiądz Stanisław Ch. wszystkiemu zaprzeczał. Nie złożył apelacji, ale wyrok w zawieszeniu był dla niego praktycznie nieodczuwalny. Sąd wysłał odpis wyroku do kurii, która jednak nie znalazła żadnych powodów, aby ukarać księdza pedofila. Dzieciom nie zasądzono żadnych odszkodowań.

Diabeł w sutannie

Z akt wynika też, że ofiar było więcej, na przykład sześciolatek, którego w 1984 roku proboszcz molestował w zakrystii kościoła. Chłopiec od tamtego przeżywał stany lękowe, bał się mężczyzn. Przestępstwo zgłosiła matka chłopca, fakt molestowania potwierdził jej syn i inne osoby. Prokuratura jednak umorzyła ten wątek. Uznała wprawdzie, że wina księdza nie budzi wątpliwości, ale stwierdziła, że karę i tak by mu darowano na podstawie ustawy abolicyjnej z 1986 roku.

Dziennikarze dotarli też do innej ofiary księdza. Mężczyzna początkowo nie chciał rozmawiać z prasą, ale później zmienił zdanie i sam się odezwał. Zdecydował się mówić po tym, gdy przeczytał w internecie, że jego dawny prześladowca miał uroczysty pogrzeb prowadzony przez biskupa.

To, co wtedy mówiłem rodzicom i zeznałem to nie było wszystko. Inni też nie mówili całej prawdy. Wstydziliśmy się i baliśmy, opowiadał. W szkole to ten zboczeniec jeszcze jakoś się hamował. Najgorsze było, gdy zostawało się z nim sam na sam. On takich okazji szukał. To nie był żaden ksiądz. To był diabeł w sutannie...

Źródła: www.gloswielkopolski.pl, www.gloswielkopolski.pl

piątek, 27 listopada 2015

Ksiądz katolicki był szefem gangu włamywaczy. Policja w Łodzi zatrzymała czterech mężczyzn - w tym księdza - podejrzanych o włamania na plebanie i kradzieże w całym kraju.  Gangster w sutannie planował włamania, bo wiedział, ilu księży mieszka na plebanii.

Ksiądz włamywacz


Bandyci wpadli w Głuchowie w woj. łódzkim. Najpierw włamali się na plebanię w Pszczonowie. Wyważyli drzwi wejściowe, potem weszli do garażu, ale nie znaleźli nic wartościowego.  Uciekli, bo ktoś ich spłoszył.  Pojechali do kolejnej, oddalonej o kilkanaście kilometrów plebanii w Głuchowie. Tu do środka dostali się po wybiciu szyby, powiedział rzecznik łódzkiej prokuratury Krzysztof Kopania.

Na plebanii w Głuchowie ukradli pieniądze i zewnętrzny dysk komputerowy. Wartość strat oszacowano na trzy tysiące złotych.

Ksiądz wyznaczał cele kolejnych włamań

Włamywacze działali co najmniej od lutego na terenie całego kraju. Okradali plebanie i kościoły między innymi w okolicach Szczecina, Gorzowa Wielkopolskiego, Warszawy, Radomska i Opoczna. Przewodził im 41-letni ksiądz Maciej Ż., który wyznaczał cele kolejnych włamań. Według policji, duchowny dobrze orientował się, ilu księży mieszka na plebaniach i jakie są tam zabezpieczenia. Miał także zdjęcia wnętrz tych obiektów. Środkiem transportu włamywaczy był najczęściej samochód księdza.

Jeden z włamywaczy jeszcze kilka miesięcy temu siedział w więzieniu za inne przestępstwo, ale opuścił więzienne mury przed zakończeniem kary, bo poręczył za niego ksiądz Maciej Ż.

„Express Bydgoski” ustalił, że duchowny włamywacz pochodzi z Bydgoszczy. Święcenia kapłańskie otrzymał w czeskim Pilznie. Gazeta pisze, że w Czechach nie mógł znaleźć pracy jako ksiądz, a więc wrócił do Bydgoszczy, gdzie jednak również nie znalazł zatrudnienia w żadnej parafii.

Na wniosek prokuratury wszyscy włamywacze zostali aresztowani na trzy miesiące. Prawdopodobnie zostaną połączone postępowania, jakie toczą się w innych częściach Polski w sprawach dokonanych przez nich włamań, co oznacza znaczne poszerzenie zarzutów. Prokuratura nie wyklucza, że przestępcy działali też poza granicami kraju. Księdzu i członkom jego szajki grożą kary do 10 lat więzienia.

Źródła: express.bydgoski.pl, www.dzienniklodzki.pl

23:09, free.mind
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 listopada 2015

Mieszkańcy wrocławskiego osiedla Partynice nie wierzą własnym oczom. Choć do Bożego Narodzenia został miesiąc, tamtejszy proboszcz już składa parafianom wizytę duszpasterską, zwaną w Polsce kolędą.

Ksiądz po kolędzie
Polski obyczaj nakazuje, by księdzu chodzącemu po kolędzie wręczyć kopertę. Nie pustą. Parafianie z wrocławskich Partynic mogą to zrobić już w listopadzie

Kolęda to jest tylko nazwa zwyczajowa. Tak naprawdę powinniśmy używać określenia wizyta duszpasterska, tłumaczy rzecznik archidiecezji wrocławskiej, ksiądz Rafał Kowalski. U nas się przyjęło, że ta wizyta odbywa się przy okazji kolędy, natomiast nie musi tak być.

Przyjęło się również coś jeszcze, o czym ksiądz rzecznik nie wspomina: wręczanie kolędującemu księdzu koperty z pieniędzmi. I być może właśnie ten obyczaj stanowi wyjaśnienie, dlaczego nowy proboszcz wrocławskiej parafii św. Ojca Pio odwiedza wiernych już teraz - otóż ksiądz Piotr Janusz przy okazji swoich wizyt zbiera pieniądze na kupno drzwi do budowanego kościoła. Nowe drzwi mają kosztować około 100 tys. złotych. Nie jest to mała kwota, a nawet zaskakująco duża jak na drzwi, ale najwyraźniej Kościół uważa że lepiej ją wydać właśnie na taki cel niż np. na pomoc ubogim.

Ksiądz chce poznać wszystkich

Ale proboszcz lojalnie uprzedzał parafian, że będzie ich odwiedzał w nietypowym czasie. Już parę miesięcy temu tłumaczył im, że nowa parafia jest liczna, ma 6 tysięcy mieszkańców, a on chciałby poznać wszystkich, którzy zechcą go przyjąć. Potrzeba na to dużo czasu, bo ksiądz nie chce wpadać jak po ogień, lecz spokojnie porozmawiać.  Dlatego „kolęda” na Partynicach ma potrwać od połowy listopada  do połowy marca. Dzisiaj okazuje się, że podczas tych wizyt chodzi nie tylko o rozmowę, ale w wyjaśnieniach proboszcza sprzed kilku miesięcy, opisanych w „Gazecie Wrocławskiej”, nie ma mowy o pieniądzach.

Chcę zbudować nie tylko kościół materialny, ale przede wszystkim duchowy, mówi ksiądz Piotr Janusz. Tak więc od kilku dni proboszcz codziennie po południu zabiera ze sobą relikwie Ojca Pio i idzie „poznawać” nowych parafian.

Nie wszyscy chcą poznać księdza

Okazuje się jednak, że nie jest to łatwe. Ksiądz mówi, że przyjęcia odmawia mu wielu mieszkańców. Zdarzają się bloki, gdzie otwierają się przed nim drzwi zaledwie dwóch lub trzech mieszkań. Skąd ta niechęć do „rozmowy” z proboszczem? Ksiądz tłumaczy, że na nowym osiedlu wielu ludzi wynajmuje mieszkania, czasem przez krótki czas. Niekiedy też trudno się dostać do ogrodzonych i pozamykanych bloków. Jednak ksiądz próbuje sobie z tym radzić i podczas ogłoszeń parafialnych prosi tych, którzy na niego czekają, żeby od czasu do czasu zerknęli przez okno.

Trzeba więc przyznać, że proboszcz z Partynic wykazuje się wytrwałością, uporem i  determinacją. I to tylko po to, żeby z kimś porozmawiać.

Źródło: www.gazetawroclawska.pl

środa, 25 listopada 2015

Pijani księża za kierownicą stają się normalnym zjawiskiem na polskich drogach. Media informują o kolejnych przypadkach. Tym razem sprawcą był 35-letni wikary z Ustki.

Pijany ksiądz

Na jednym ze skrzyżowań w Ustce doszło do kolizji dwóch samochodów. Była to typowa stłuczka, toyota najechała na tył mercedesa. Kobieta prowadząca uderzone auto zadzwoniła po męża, który szybko przybył na miejsce.

Okazało się, że sprawcą jest 35-letni wikariusz z lokalnej parafii. Czuć było od niego alkohol. Mąż poszkodowanej zadzwonił po policję, ale ksiądz nie czekał, wsiadł do swojej rozbitej toyoty i uciekł. Mężczyzna ruszył za nim w pościg i w ten sposób dotarł na plebanię. Ponownie zawiadomił policję.

Kiedy przyjechali policjanci, znaleźli księżowską toyotę. Spisali jej numery rejestracyjne i ustalili właściciela. Zadzwonili  do drzwi plebanii, ale osoba, która im otworzyła poinformowała, że wikarego nie ma. Drzwi od jego pokoju były zamknięte. W takiej sytuacji dajemy wiarę rozmówcy. Do mieszkania moglibyśmy wejść np. w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia bądź zdrowia. W tym przypadku takie okoliczności nie zaszły, wyjaśnił komisarz Robert Czerwiński ze słupskiej policji.

Ksiądz na drugi dzień miał jeszcze promil alkoholu w organizmie

Policjanci pojawili się ponownie nazajutrz rano, po wcześniejszej rozmowie z proboszczem. Tym razem wikary otworzył im drzwi. Przebadano go alkomatem i okazało się, że ma w organizmie blisko promil alkoholu. Wówczas policjanci zabrali księdza do lekarza, gdzie pobrano mu krew do dalszych badań.

Minęło sporo czasu od kolizji, tłumaczył dziennikarzom komisarz Czerwiński. My musimy wiedzieć, jaka dokładnie była zawartość alkoholu w jego organizmie w chwili zdarzenia. Dlatego pobrano krew. Konieczne będzie badanie retrospektywne, które pozwali nam ustalić tę wartość.

Komisarz powiedział, że zostanie skierowany wniosek do sądu o ukaranie księdza za spowodowanie kolizji. Natomiast śledztwo w sprawie ewentualnej jazdy pod wpływem alkoholu będzie odrębne.  Czekamy na wyniki badań, jednak duże znaczenie będą miały również zeznania świadków, wyjaśnił kom. Czerwiński.

Jest przyzwolenie na łamanie prawa przez ludzi Kościoła

Kilka dni temu w tym samym regionie zatrzymano innego księdza, który prowadził samochód pod wpływem alkoholu. Media w całym kraju, zwłaszcza lokalne, informują o podobnych przypadkach. Pijani księża za kierownicą stają się normalnym zjawiskiem na polskich drogach. 

Wynika to po części z tego, że księża zwykle są łagodnie traktowani przez polski wymiar sprawiedliwości, a po części z tego, że wielu wiernym Kościoła katolickiego nie przeszkadzają wykroczenia i przestępstwa ich pasterzy. Kiedy np. ksiądz zostaje zatrzymany za przestępstwo pedofilskie, regułą jest to, że broni go lokalna społeczność. A prowadzenie auta przez pijanego duchownego zwykle kwitowane jest wzruszeniem ramion i krótkim komentarzem: ksiądz też człowiek.

Źródła: trojmiasto.wyborcza.pl, www.tvn24.pl

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 56